Historia

Inspiracja

Początek lat 80-tych XX wieku. W Polsce zaczyna powoli dogorywać ustrój jedynie słuszny. Tylko, że ustrój jeszcze o tym nie wie, oferując nam – wtedy chłopakom właśnie kończącym podstawówkę — stan wojenny, ze wszystkimi jego „urokami”. Ale my wtedy żyjemy już nową szkoła, nową klasą. I nową muzyką. Pod płaszczykiem MMG (muzyki Młodej Generacji) rozkwita w Polsce muzyka rockowa, Ogólnopolski Przegląd Muzyki Młodej Generacji w Jarocinie przekształca się w Festiwal Muzyków Rockowych. Coś, co w zamyśle władz było wentylem bezpieczeństwa dla trudno kontrolowanych młodzieżowych subkultur, z czasem staje się autentycznym, trudnym o okiełznania wulkanem, pełnym gęstej, rockowej lawy.

follow Klasa EL w chorzowskim TME, pod wychowawczą wodzą Stanisława „Bagsa” Bogusa, wydaje się wyjątkowym zbiorowiskiem. Pewnie tak się wydaje każdemu, kto wspomina z sentymentem własną klasę… . Ale w naszej była pełna menażeria — prymusi-olimpijczycy, olewacze, jednostki nieprzystosowane, profesjonalni piłkarze ręczni, pasjonaci piłki nożnej i siatkówki, wielbiciele sztangi, szwędacze wysokogórscy, … . Wszystkich nas — niezależnie od indywidualnych pasji — łączyło wyjątkowe upodobania do imprez i muzyki. Z imprezami i muzyką łączą się jeszcze inne upodobania, ale o tym może innym razem.

Klasa EL Klasa EL k_bp_pr_rs_01
k_bp_pr_rs_02 k_mg_pr_rs_02 Pod smokiem raz jeszcze

W tym czasie na naszych imprezach głośno, zwykle baaardzooo głośno, grał Maanam, TSA, Brygada Kryzys, Dezerter, Oddział Zamknięty, Izrael, Republika. Lataliśmy jak postrzeleni po sklepach muzycznych w poszukiwaniu najnowszych albumów.

http://www.ithephotographer.com/importance-of-community-service-essay/ importance of community service essay No i tak na pewnej imprezie, w jednej z krótkich chwil słyszalności werbalnej, padła propozycja — a może byśmy tak założyli zespół? Nie pamiętam już, kto to zaproponował, ale oczywiście wszyscy stwierdzili, że to dobry pomysł. Wydawało się, że pomysł minie wraz z kacem, ale tak się nie stało. Wkrótce rozpoczęły się przymiarki, kto będzie na czym grał. Profil muzyczny był oczywisty — ostry rock w stronę punka.

Zespół

W pierwszym składzie śpiewać miał Michał i Piotrek-Siwy, który też miał grać na gitarze, Romek miał grać na gitarze prowadzącej, Bogdan-Bugi na solowej, Tomek na basie, na perkusji Bogdan-Bąku. Pierwszy skład był o tyle ciekawy, że nikt nie miał zielonego pojęcia o graniu i nie miał żadnych instrumentów. Wyjątkiem był Bąku, wywodzący się z muzykalnej rodziny i wiedzący już, co się robi z perkusją. Przez dłuższy czas jedynym instrumentem zespołu była gitara akustyczna Siwego, przekazywana sobie z rąk do rąk na dwa, góra trzy dni. Wkrótce Bugi dorobił się swojego pudła, a Tomek wypożyczył bas. Niestety, okazało się, że instrumenty to jedna sprawa, a umiejętności to drugie. Proces opanowania gitar, pozwalającego na granie punkowych kawałków okazał się dłuższy i żmudniejszy niż się to wydawało.

Bugi i kosmoska... Romek
Bąku w akcji Siwy i klarnet

source url Zanim zespół zdążył pierwszy raz zagrać, doszło do przetasowań. Siwy został na wokalu z zamiarem grania na saksofonie, Bugi został na gitarze, Romek przeskoczył na bas, Bąku niezmiennie na perkusji. W międzyczasie doszło do wydarzenia nie lada – Bugi stał się posiadaczem gitary elektrycznej marki Defil, model Kosmos, a Romek elektrycznego basu Defil Baston, Siwy dorwał gdzieś klarnet, czyli „prawie saksofon”. W tym składzie doszło do pierwszych prób grania – gitary przez domowe amplitunery i wzmacniacze, za perkusję robiły poduchy. Niezapomniane wrażenia pozostawi „hasiok”, przenośne tranzystorowe radio, które po podłączeniu gitary grało z przesterem…, no, powiedzmy, że wydawało z siebie dźwięki kojarzące się z gitarą przepuszczoną przez fuzz.

Nazwa zespołu przez dłuższy czas nie była ustalona. W końcu, do końca teraz nie wiadomo dlaczego, zespół został nazwany „Tvoi Oči”.

watch W tym czasie udało się wkręcić na próby do salki w Słowaku (lic. im. J. Słowackiego). Sala była w piwnicy, stała tam jakaś stara perkusja, granie odbywało się przez wzmacniacz wbudowany w gramofon Fonomaster (2x15wat) i jakieś inne cuda tego typu. Najbardziej pamiętny element tamtych prób to wchodzenie i wychodzenie ― ponieważ nie byliśmy uczniami Słowaka, nie chciano nas wpuścić po południu do budynku. Na próby dostawaliśmy się zwykle przez okna, przemyceni przez kumpla Bugie, wówczas ucznia Słowaka. Czasem zdarzało się, że wślizgowe okno było na 1-szym piętrze…, no ale czego się nie robi dla sztuki!

Sprzęt i sala

Niespodziewanie okazało się, że w naszej szkolnej kanciapie, zamknięty na cztery spusty i skrzętnie ukryty przed uczniami, stoi wymarzony sprzęt — perkusja, półakustyczny bas Defil Orlik, oraz wzmacniacz Eltron z kolumną. Uzyskanie dostępu do tych skarbów, chronionych przez dyrektora, graniczyło z cudem. Jednak mediacje niezastąpionego Bagsa otworzyły nam nie tylko możliwość skorzystania ze sprzętu, ale również organizacje prób w szkole. Po drodze trzeba było rozwiązać problem — przy perkusji brakowało „stopy”. Jej zakup był niemożliwy, w jedynym sklepie muzycznym w Katowicach stopa solo był towarem niedostępnym. Ale można było kupić stopę z… całą perkusją, na prefencyjnych warunkach dla instytucji kultury. Okazało się, że przyszkolne ognisko muzyczne mogło takiego zakupu dokonać…, pozostało namówić dyrektora na sfinansowanie zakupu. Dyrektor, zapewne nieświadomy naszego profilu muzycznego, zgodził się zaskakująco łatwo. Zapewne przyszkolna działalność muzyczna dobrze wypadała w statystykach i sprawozdaniach. I tak, wyposażeni w instrumenty marki Defil i Polmuz, nagłośnieni przez heada i paczkę by Eltron, zaczęliśmy próby na terenie szkoły.

Druga gitara

click Kanapka, wersja normal
W czasie prób w szkole nasze granie powoli zaczęło się przeistaczać z nieskoordynowanej kakofonii w coś, co zaczęło powoli przypominać muzykę. Zarówno w sensie kompozycyjnym jak i technicznym. Sporą rolę odegrał w tym wszystkim nowy gitarzysta Krzysiu „Kanapka”, który doszedł do naszej klasy w tzw. międzyczasie. Okazało się, że Kanapka dobrze gra na gitarze, basie, bardzo przyzwoicie śpiewa. Wkrótce Kanapka zasilił nasz zespół sobą, i swoją gitarą — bardzo przyzwoicie brzmiącą samoróbką na bazie elektryka pochodzenia zachodniego. Kanapka przejął funkcję gitarzysty prowadzącego, drugiego wokalisty, wniósł do naszych jednolicie rockowych utworów sporo muzycznej wrażliwości, nadając niektórym utworom wyraźnie jazz-rokowy i nowofalowy charakter. Dzielą się umiejętnościami technicznymi wyraźnie wpłynął na ogólny poziom techniczny naszego grania.

Wynocha!

rs_04
Graliśmy kiedy tylko się dało, zmieniając w salę prób szkolną świetlicę albo salę elektrotechniki. Najbardziej jednak lubiliśmy grać w sali od matematyki. Do południa sala ta była dla większości członków zespołu miejscem codziennej katorgi i nieustającej kaźni. Jakże miło było po południu poprzesuwać ławki, rozstawić perkusję i wzmacniacze, zamieniając matematyczną salę w siedlisko rock’n’rolla! Jakże miło było przyczadzić tak, że z wieszaków zlatywały linijki i cyrkle, a wiszące na ścianach plansze z sinusoidami dostawały niespodziewanych ruchów! I nieważne, że trzeba było sprzęt tachać na 1-sze piętro.

Bugi i Siwy na próbie
Rockowa utylizacja sali do matmy trwała by być może długo, gdyby nie pogoda. Pewnego pogodnego, wiosennego dnia, w czasie próby pootwieraliśmy na oścież okna. Punk rockowe dźwięki z wokalem oznajmiającym, że „Państwo! Państwo! Państwo kończy się na koncu pałki milicjanta!” rozlały się na najbliższą okolicę. Traf chciał, że do pobliskiego parku wybrał się na popołudniowy spacer Dyrektor… . Nie wiemy do końca, co myślał Dyrektor o państwie i pałce, ale bardzo mu się nie spodobało nasze o tym myślenie, i to jeszcze artykułowane w takt „porażająco głośnej i wstrętnej muzyki”. I nie spodobało mu się, że perkusista uderza tak mocno w bębny i talerze. Jak łatwo się domyśleć, dostaliśmy szlaban na próby w szkole i wykorzystywanie szkolnego sprzętu. Tak zakończyły się nasze próby w szkole, i rozpoczęła się seria wywalania nas z miejsc prób.

Muzyczny autostop

Dyrektor osobiście czekał aż się spakujemy, zabierając nam klucz ze sprzętowej kanciapy i zamykając szkołę przed nosem. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, smętnie leźliśmy ul. Stefana Batorego, objuczeni gitarami i kilkoma elementami, niekompletnej jeszcze bąkowej perkusji. Na wysokości tzw. kasyna zatrzymał się koło nas samochód, wychylił się gościu w średnim wieku, pytając gdzie ciśniemy z tym sprzętem. Odpowiedzieliśmy, że właśnie nas wyrzucono z sali prób i nie wiemy co ze sobą zrobić. Gościu załadował do auta sprzęt i część z nas, prosząc, żebyśmy się spotkali za chwilę wszyscy pod pewnym adresem. Okazało się, że to budynek ówczesnego Cechu Rzemiosł Różnych, z dużą salą bankietową, ze sceną i rozstawionym na nim sprzętem ― wzmacniaczami i perkusją.

Gość, który nas przywiózł był Szefem weselno-okolicznościowego zespołu CRzR. Zaproponował nam abyśmy zaprezentowali mu nasze utwory. Po niespodziewanym, krótkim występie na ładnej scenie sali bankietowej padła zaskakująca propozycja ― Szefo stwierdził, możemy grać na tej sali, robiąc własną muzykę, korzystając z tamtejszego sprzętu. Oczywiście nie zastanawialiśmy się długo, i tak w niespełna dwie godziny po wylocie ze szkoły mieliśmy nową salę prób.

CRzR był wówczas instytucją zamożną, przymusowo zrzeszał drobnych prywatnych przedsiębiorców, prowadzących swoje biznesy pod przykrywką rzemiosła. Udostępniony nam sprzęt był dla nas wtedy full profesjonalnym wypasem. Choć były to głównie produkty bloku komunistycznego, i tak granie na 100w-owej NRD-owskiej Vermonie to była inna bajka niż Eltron 60. Duża sala, dobry sprzęt pozwoliły nam się dobrze słyszeć, dzięki temu, to co graliśmy stawało się powoli coraz sensowniejsze kompozycyjnie i coraz lepiej zagrane. Z jednym z łagodniejszych utworów, będącym mocno odbiegającą od oryginału przeróbką utworu Grechuty (Ile razem dróg przebytych? Tekst: Konstanty Ildefons Gałczyński), zajęliśmy pierwsze miejsce na regionalnym przeglądzie młodych zespołów. Wygraliśmy jakąś wycieczkę, na którą w końcu nie pojechaliśmy, do dziś nie wiadomo dlaczego.

W tamtym czasie, mimo wyraźnej niechęci Dyrektora, udało nam się zagrać m.in. koncert w naszej szkole. Koncert ten był punkowo-nowo falowym happeningiem z Siwym w roli głównej. Siwy dzięki śpiewającemu Kanapce i Bugiemu, powoli przestał się skupiać na śpiewaniu, koncentrują się raczej na anarchistycznych performansach. Trzeba przyznać, że jego pasja i nadpobudliwość tworzyły wyjątkowy klimat a teksty utworów spokojnie mogły konkurować z produkcjami czołowych, polskich zespołów z tamtego okresu. Wiele osób ten koncert pamięta, szczególnie ci, których o włos ominęły miotane ze sceny przez Siwego przedmioty, w tym całkiem pokaźny nóż typu finka.

Bugi i Siwy na koncercie Kanapka, wersja bikiniarz Romek

Fara

W CRzR nie pograliśmy zbyt długo. Stopniowo obcinano nam próby i starano się wpływać na repertuar. Po latach wydaje nam się, że chodziło o wyłuskanie z naszych szeregów drugiego składu dla cechowego zespołu weselnego. Byliśmy na to dość odporni — rockman w weselnym zespole? No way! No i ostatecznie, po którejś z prób oznajmiono nam, żebyśmy nie przychodzili już więcej. Zatem, kolejne, tym razem delikatne: wynocha! Spakowaliśmy więc swoje graty i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Z niespodziewaną propozycją wyskoczył Kanapka — obiecał, że pogada z proboszczem chropaczowskiej parafii w której grywał z zespole oazowym, żeby pozwolił nam skorzystać z parafialnej salki prób, wyposażonej we wzmacniacze. Kanapka okazał się skuteczny, proboszcz się zgodził.

Brakowało tylko perkusji. Rozwiązanie również znalazło się w Chropaczowie. Na jednej z miejscowych melin znalazł się ktoś, kto chciał oddać perkusję za parę flaszek jaboli. Wymiana — perkusja za jabole — dość ekscytująca ze względu na miejsce, otoczenie i kontrahentów, w końcu doszła do skutku i Bąku rozłożył na „farze” swoją pierwszą kompletną perkusję.

Salka prób umieszczona była w przybudówce sąsiadującej z parafialnym cmentarzem. Dźwięki rockowej muzyki średnio komponowały się z takim miejscem. Jakimś cudem udało nam się jednak odbywać tam próby. A próbować było trzeba, bowiem na horyzoncie pojawiła się możliwość ponownego zagrania w szkole, na naszej własnej studniówce. Oczywiście nie na wieczornej „potańcówce”, ale w trakcie porannych, hucznie odprawianych harców, bowiem przyjętym obyczajem było przejęcia na ten dzień władania w szkole przez uczniów.

Proboszcz „naszej” chropaczowskiej parafii od czasu do czasu wizytował cmentarz. Niestety, jedna z wizytacji zbiegła się z naszą próbą, nieopatrznie, ponownie odbywającą się przy szeroko otwartych oknach. Siwy właśnie na podkładzie punkowych gitar oznajmiał światu: „… z tego miejsca wszystko widzę, całe wasze pier..lone życie!”. Okazało się, że proboszcz nie miał ochoty na zgłębianie transcendentalnej interpretacji życia widzianego przez Siwego, osadzonej w kontekście wymiaru parafialnego cmentarza. Miał ochotę jedynie na grzeczne: wynocha! No i tak po raz kolejny straciliśmy salę do ćwiczeń.

Studniówka, matura i wejście w dorosłość

Po wylocie z chropaczowskiej fary wylądowaliśmy w „czarnej dupie”. Bąku co prawda miał już perkusję, ale my nie mieliśmy wzmacniaczy, ani kasy na ich zakup. A nawet gdybyśmy mieli, i tak nie byłoby gdzie tego wszystkiego wstawić. Zbliżał się jednak koncert studniówkowy, i pod pretekstem przygotowania do niego, udało się zrobić parę prób na szkole, na szkolnym sprzęcie. Dyrektor zapomniał już, że nas wyrzucił, albo po prostu nie chciał o tym pamiętać.

Studniówkowy koncert nie był epokowym wydarzeniem. Odbył się w podziemiach szkoły, było tam ciasno a akustyka kiepska. Zagraliśmy swoje najlepsze kawałki, teksty bez cenzury, zapewne nikt z grona nie pofatygował się, żeby nas posłuchać. Zresztą w tym dniu to my-uczniowie, rządziliśmy w szkole. Z koncertu ostało się tylko jedno zdjęcie, oprócz nas widać na nim (fakt, trochę słabo) Krzyśka, zwanego „Długim”. Pomagał nam nagłośnić koncert. W historii Garden Noise Krzysiek pojawi się jeszcze, odgrywając całkiem ważną rolę.

Koncert w podziemiach

Na zdjęciach e studniówki widać nasze szkolne harce, zwraca uwagę zdjęcie na którym Bąku jako prawie 🙂 rzymski legionista wręcza Dyrektorowi tarczę z tarczą szkoły. Dyr do końca dnia miał ją nosić, co miało być zemstą za wymuszanie na nas noszenia tarcz szkolnych na wszelkich możliwych okryciach. Nie sposób tu opisać studniówkowej atmosfery, oj działo się, działo!, fantazji nam wszystkim nie brakowało, a relacja z tego co się działo, to materiał na całkiem sporą, osobną historię.

k_studniowka_04 k_studniowka_01 k_studniowka_05
Kanapka w wersji damskej Bąku nie znalitości! Bugi i Michał w wersji Michalina

Studniówka, niezależnie jak odjazdowa, oznacza jedno — już za niedługo koniec szkoły, matura, i ważne decyzje, co dalej w życiu. Po drodze jeszcze obrona prac dyplomowych, które miały nam dać tytuł technika w zakresie elektrotechniki ogólno-przemysłowej. Sporo szkolnych spraw, i nawet najwięksi olewacze musieli się w końcu na nich skupić. Granie zostało chwilowo zawieszone. Po maturze — którą udało się całej klasie bardzo zacnie zdać — trzeba było podjąć decyzję: co dalej maturzysto? Część z nas ruszyła na studia, część do pracy. Mimo rozluźnienia, wcześniej codziennych kontaktów, stwierdziliśmy, że zespół musi przetrwać. Nie wszystko zależało od nas, wiele zależało od pewnego biletu. Biletu na coś, przed czym trudno było uciec, biletu, którego nie można było nie przyjąć — biletu do wojska.

CDN…грузоперевозки по беларусивыбрать кухонные весы отзывыврач пародонтолог что лечит